UrsaGO Home – skąd wziął się pomysł na taką usługę

UrsaGO Home – skąd wziął się pomysł na taką usługę


Historia pomysłu na UrsaGO HOME jest dosyć prosta, wręcz banalna. Jak mówi porzekadło „nie uwierzysz, dopóki sam nie doświadczysz”. Tak było i w tym przypadku. Dopóki mnie samej taka sytuacja nie spotkała, nie pomyślałabym, że to w ogóle może być komuś potrzebne. Powiedziałabym wręcz, że to dosyć dziwny pomysł. Teraz jednak mam inną opinię. Ale zacznę od początku.

Prawie 4 lata temu mój mąż rozpoczął swój kontrakt za granicą. Początkowo mieszkaliśmy na dwa domy. Trochę tam, trochę w Polsce. Po roku takiego życia, spakowałam siebie i córkę i przeprowadziłyśmy się do męża. Osobiście była to niezwykle trudna dla mnie decyzja. Zostawiłam pracę, dom, znajomych, wszystko. Trzeba było odnaleźć się w zupełnie innej rzeczywistości. Z dala od wszystkiego i wszystkich. Ale cóż, zorganizowałam przeprowadzkę i klamka zapadła.

Początkowo wszystko szło dobrze, bo nikt niczego ode mnie nie chciał. Ale wkrótce miało nadejść tsunami. Wyjeżdżając, zostawiłam swoim rodzicom wszystkie klucze, instrukcje do domu i sprzętów, najważniejsze dokumenty i pełnomocnictwo dla mamy, by mogła odbierać pocztę. Nie sądziłam jednak, że to wszystko nie wystarczy. Przygoda rozpoczęła się w drugim miesiącu po przeprowadzce.

Najpierw zaczęło się od awantury z listonoszem, który mimo wspomnianego pełnomocnictwa pocztowego nie chciał wydać mamie listu z sądu. Pismo było o tyle ważne, że informowało mnie o kolejnej rozprawie sądowej, w której byłam świadkiem. A wiadomo, za niestawienie się w terminie grożą grzywny. Nikt ich nie lubi dostawać, więc było dla mnie ważne, móc wcześniej zaplanować ewentualny przyjazd z zagranicy. Skoro listonosz nie chciał wydać listu, a wiedziałam, że to informacja z sądu poprosiłam mamę o kontakt z sądem. Niestety tam również odmówiono jej informacji, gdyż nie była ani stroną w sprawie, ani tym bardziej nie miała pełnomocnictwa notarialnego.

Bardzo często bywa tak, że takie sprawy spadają falami. I właśnie u mnie tak było. Do tej pozornej sprawy z listonoszem, doszło zalanie mieszkania przez sąsiada i jeszcze kilka innych. I tu już było trudniej. Trzeba było ściągnąć ubezpieczyciela, zrobić wycenę, uzgodnić naprawę ze wspólnotą mieszkaniową, a o rozmowach z sąsiadem nie wspomnę. Łatwo sobie wyobrazić, ile pism musiało zostać napisanych, zaniesionych, złożonych, wysłanych. W takich przypadkach zwykłam mówić „biurokracja musi być”.

Zapewne łatwiej byłoby gdyby moi rodzice posiadali komputer i umieliby go jeszcze używać. Niestety tego nie robią. Więc proces wyglądał tak:

  • ja przygotowałam pisma,
  • w emailu spisywałam cały proces – krok po kroku – z adresami, numerami telefonów, co należy zrobić i jakich informacji udzielać, a jakich nie,
  • przesyłałam emaila do siostry, która drukowała to wszystko i zawoziła do moich rodziców (sama nie mogła w ciągu dnia nic załatwiać, bo musiała być w pracy),
  • przekazywała im instrukcję, wydruki i tłumaczyła, co należy zrobić,
  • moi rodzice jeździli z dokumentami wg list i wytycznych,
  • potem odbierali ewentualne pisma,
  • jechali do mojej siostry,
  • ona skanowała te dokumenty i przesyłała do mnie,
  • a ja znów rozpoczynałam procedurę od początku.

 

Prawda, że to strasznie rozwlekły proces? To chyba był najbardziej stresujący haczyk w tych sprawach. Kiedy naprawiłam swój błąd i załatwiłam za granicą upoważnienie notarialne, zakładałam, że to rozwiąże wszelkie problemy. Niestety nie. Dla ludzi starszych, którzy nie mają dużego doświadczenia w procedurach instytucji publicznych czy prywatnych, takie problemy są mocno stresujące.

Wiadomo jak to jest z urzędnikami czy biurami obsługi.
Czasem otrzymasz jasną informację zwrotną, a czasem nie.
Trzeba wiedzieć, o co zapytać, a przede wszystkim jak zapytać – bo przecież urzędnik może mieć dziś zły dzień. I jeszcze pilnować się co powinno się mówić, by nie przekazać informacji mogących sprawie zaszkodzić.

 

W dobie internetu większość informacji znajdzie się w sieci. Sprawdzenie, ustalenie faktów i przygotowanie pisma – nie jest niczym problemowym. Dla mnie! Bo dla moich rodziców jest. A do tego dochodzi cała ta kwestia załatwień na miejscu. Dla osób przebywających za granicą to jest sprawa bardzo  trudna. Nie masz czasu i pieniędzy co chwilę przylatywać by załatwić drobnostkę w urzędzie. Owszem można poprosić przyjaciółkę, sąsiada czy właśnie rodzinę. To mniejszy problem.

 

Schody zaczynają się, gdy pod to wszystko potrzeba zorganizować w urzędach dokumenty, poświadczenia, zaświadczenia, pełnomocnictwa, opłaty skarbowe, opinie biegłych, zdjęcia w sprawie i tysiąc innych drobnostek.

W szerszej skali jest tego sporo. A dla osób, które nie zajmują się tym na co dzień, nie wiedzą jakie są realia, jest to naprawdę bardzo trudne.Wyobrazić sobie można jak potwornie stresujące musiało to być dla moich rodziców. Którzy przeżywali sprawy związane z ich córką i jeszcze musieli załatwiać coś, o czym nie mają pojęcia.

Dlatego też wiem, że taka usługa ma znaczenie i jest szczególnie ważna dla ekspatów. Dla osób, które żyją w ciągłych rozjazdach, podróżach służbowych czy po prostu nie mają czasu. Tych, którzy mają dosyć załatwiania papierków albo po prostu tego nie lubią. Przekonałam się na własnej skórze jak to może uprzykrzyć życie i że potrafi zająć sporo czasu. A dziś to właśnie jego nam ciągle brakuje.

 

 

Jak widzisz, wiem, bo przekonałam się na własnym przykładzie, z czym trzeba się zmierzyć i jak to zorganizować. Przede wszystkim by oszczędzić sobie czasu, pieniędzy i niepotrzebnego stresu. Napisz do mnie. Ja odciążę Ciebie, Twoją rodzinę i znajomych od papierkowych problemów.

 

Brak komentarzy

Zostaw komentarz